Polskie uczelnie kształcą bezrobotnych

No i stało się. Wkońcu coś musiało mnie na tyle wkurzyć, aby napisać coś od siebie, odnośnie studiowania w moim rodzimym kraju – Polsce.

Absolwent? To pewnie nic nie umie…
www.tvn24.pl

Jak rozpoczynałem poszukiwania dotyczące przyszłego kształcenia na studiach wyższych, naoglądałem się, nasłuchałem i naczytałem różnych informacji o moim przyszłym wyborze, czyli dane uczelni. Znalazłem conieco informacji jakie kierunki oferuje, jakie są metody kształcenia. Teraz, po skończonych studiach, chłodnym ocenieniu rynku pracy oraz wizji tego, co się dzieje w naszym szkolnictwie wyższym jestem pełen obaw.

Uczelnie prześcigają się w oferowaniu przeróżnych kierunków kształcenia.

Różne zakresy, różne umiejętności i różne metody kształcenia, ale wszędzie przewija się jedno – „ten kierunek studiów jest przyszłościowy, gdyż na rynku pracy jest zapotrzebowanie na tego typu specjalistów”. Czy oby napewno?

Po kilku latach, po skończonych studiach mogę powiedzieć jedno, wszystko to jest, delikatnie mówiąc śmieszne.

Na moim kierunku studiów zaczynaliśmy, gdy było nas 360 osób! Imponująca liczba, ale chyba tylko w dziekanacie naszej uczelni.

Z całej tej liczby, mniej niż połowa dotrwała do końca – i to nie w pełni ta połowa, która powinna – wyróżniająca się, łatwo zdobywająca wiedzę, umiejąca ją wykorzystać w praktyce. Z tych ludzi, co otrzymali szanowny tytuł magistra inżyniera, połowę bym ich niego pozbawił. Są wśród nich osoby, które prześlizgnęły się przez 5 lat nauki, cudem zaliczając egzaminy, a niektórzy też poprzez swoistą protekcję tatusiów „profesorów”.

Wśród osób, które odpadły, byli ludzie zdolni, jednakże ich sytuacja życiowa nie pozwoliła na danym etapie dokończyć swojej nauki, lub też, jak to bywa na naszych uczelniach – jakiś belfer, który ledwo może się poszczycić tytułem doktora, uwziął się na daną osobę, aby ją udupić i dopilnować, aby nie skończyła studiów, puszczając przy tym ślizgających się -lekko mówiąc „debili”, którzy później pokazują przed przyszłym pracodawcą na co ich stać.

Nasze uczelnie powinny zostać zreformowane od samej góry, czyli całego systemu polskiej oświaty na studiach wyższych.

Na studiach wykładowcy nie uczą, bynajmniej nie wszyscy, bo są też osoby, które z zamiłowania robią to co lubią i pragną zasiać bakcyla w innych, przekazując im swoją wiedzę i doświadczenie.

Wykładowcy przekazują wiedzę teoretyczną, przedstawiają ją, karzą zapamiętać, aby zaliczyć dany egzamin… i tyle. Na tym kończy się cała edukacja niektórych przedmiotów. Dosłowne, „3x Z” – Zakuj, Zdaj, Zapomnij.

W teorii wszystko jest takie piękne. W teorii wszystko idzie tak jak powinno – i teorii uczą nas na studiach.

Znikome przyłożenie się do części praktycznych, sprawia to, że kończąc studia, może i mamy wiedzę, ale nie potrafimy jej odpowiednio wykorzystać w praktyce, nie w stresowych warunkach pracy. Dopiero po roku, dwóch, gdzie zdobywamy niezbędną praktykę, wiemy co i jak, chociaż itak nie jest to idealne. A praktykę zdobywamy, gdy uda nam się znaleźć prace po naszym kierunku, co jest rzadkością.

Odnośnie praktyki – na studiach magisterskich, na Politechnikach, ustawowo uczelnia musi zapewnić, a raczej zmusić studenta do odbywania praktyk na danym etapie jego kształcenia. Niestety, uczelnia w tym nie pomaga. Studenci sami musza sobie załatwić miejsca, gdzie dane praktyki odbędą – a raczej odbębnią – gdyż tutaj chodzi tylko o wpis na karcie i o nic więcej.

Mamy tutaj drugą stronę medalu. Nasi szanowni pracodawcy, którzy tak narzekają, że absolwenci są niedokształceni, szczególnie w sferze praktycznej, utrudniają sami zdobyć tą wiedzę i niezbędne doświadczenia – obycie z zawodem.

Podczas poszukiwania praktyk, pracodawcy niechętnie przyjmują osoby, które muszą uczyć. Bo po co komu praktykant, którego po miesiącu już nie będzie. Tym bardziej, nie motywuje to pracodawców do zaangażowania w przekazanie wiedzy, gdyż on (pracodawca) i tak z tego nic nie otrzyma.

Tutaj, studia powinny iść razem z praktyką, a sama praktyka powinna wywiązywać więź z pracodawcą, który później może (ale nie musi) zaoferować odpowiednie stanowisko pracy.

A teraz jak to wygląda?

Przed otworzeniem działalności gospodarczej w Polsce, powysyłałem sporo ankiet do różnych firm odnośnie zapotrzebowania na danego typu usługi.

W pamięci utkwiła mi jedna odpowiedź jaką dostałem odnośnie studentów-praktykantów z mojej uczelni.

Pracodawca podsumował to mniej więcej tak:

Studenci przychodzący na praktykę do jego firmy nie wykazywali wymaganej wiedzy, którą powinni posiadać na danym etapie kształcenia. Ich wiedza była skromna, podstawowa i żeby nie powiedzieć, że w niektórych przypadkach (dop. oczywistych) nie było jej wcale.

Pracodawcy widzą i zapamiętują, a dalej już każdy może sobie dopowiedzieć.

Tak naprawdę, studia wyższe powinny do czegoś zobowiązywać i czegoś wymagać od przyszłego absolwenta. To nie jest nauczanie w szkole podstawowej, więc nie widzę też sensu, dla którego niektórzy wykładowcy przepuszczają studentów na kolejne lata „jak leci”.

W artykule TVN24, który zmotywował mnie do napisania tego wpisu można wywnioskować jedno. Uczelnie, na danych kierunkach uczą zupełnie czego innego, a niżeli tego, czego oczekuje od nich rynek pracy.

W związku z tym, namawianie przyszłych studentów do studiowania właśnie na danym kierunku i danej uczelni hasłami:

„ten kierunek studiów jest przyszłościowy, gdyż na rynku pracy jest zapotrzebowanie na tego typu specjalistów”

wydaje się wręcz śmieszne – i właśnie to wymaga zmiany.

Więc drodzy pracodawcy – jeżeli chcecie mieć wykształconych absolwentów z wiedzą, otwórzcie się na nich.

Wykładowcy na studiach wyższych – jeżeli chcecie, aby wraz z przyszłym absolwentem uczelni szła renoma, jaką ona z sobą niesie – oraz to, że kształci tak, jak oczekuje tego rynek – zróbcie coś z tym. Zastanówcie się dwa razy, niż kogoś przepuścicie dalej „po łasce”, oraz gdy „na kogoś się uweźmiecie”, bo być może zabijacie w nim talent, który może zaowocować i rozwinąć się do niewyobrażalnego poziomu.

Pozdrawiam.

Dodaj komentarz