Need For Speed: The Run

Need For Speed, ta nazwa mówi sama za siebie – i każdy gracz, który ją usłyszy wie o co chodzi i czego można się spodziewać.

Przez te wszystkie lata za rządów EA, stara się ona przywiązać nas do siebie oferując gry o imponującej grafice i grywalności. Jeżeli chodzi o know-how, to EA zdecydowanie wie co robi.

Na jej drodze stawały różne firmy, próbujące uczknąć kawałek tortu dla siebie. Niestety, nie wielu im się udało – a jeżeli już, to nie zaszkodziło to całości. Patrz gry z serii Forza, które powalają grafiką, ale już sam rywalizacja jest nieco słabsza, sprawiając z gry bardziej symulator a niżeli wyścigówkę. Pokaże czas jak najnowsza wersja Forza Horizon się spisze w tym dziale.

Forza jako jedno z dzieci Microsoftu zagościło i u mnie na półce, tak jak i Project Gotham Racing, który reklamowany był wspaniale, a przez minione lata ogólnodostępne trailery powalały, przez co można było by pomyśleć że zachodzi jakaś zmiana na polu wyścigów samochodowych. Niestety, NFS nikt nie może pobić (jak narazie), a PGR to po prostu przereklamowany gniot.

Jedyne co mnie irytuje w EA, to chęć wyciągnięcia z runku jak największej liczby pieniędzy, przez co nawet w tym samym roku na półki sklepowe trafia więcej niż jeden tytuł z serii Need For Speed. Nie jest to dobre, dla okazjonalnych graczy, którzy w wolnych chwilach chcą sobie pojeździć i w odpowiednim czasie przejść daną grę. Typowi „gracze” zapewne są zadowoleni, gdyż poszczególne tytuły zjadają na kolację, przechodząc je jedne za drugimi.

Jak dla mnie, poganianie tytułu tytułem nie jest dobre. Ledwo co przeszedłem NFS: Hot Porsuit (II) i zacząłem The Run, a już wychodzi Most Wanted (II).

Zatrzymując się na The Run. NFS jak każdy, mimo że nie każdy miał fabułę, to da się grać. Rozczarowuje mnie sztywny sposób rywalizacji. Jakoś poprzedni Hot Porsuit wciągnął mnie bardziej, bo gdy przeszedłem całą grę, nadal miałem ochotę na pobijanie czasów, przeciwników i zdobywanie kolejnych medali na danych odcinkach.

Mimo że w The Run gram od niedawna, to coś mi w tej grze nie leży. Podobnie jak to było w przeszłości z Prostreet, który pomiędzy kolejnymi tytułami przemknął i nie pozostał na długo w pamięci. Obawiam się, że z The Run będzie podobnie, dlatego też EA zdecydowało się na szybsze wydanie kolejnej części z serii.

Moje pierwsze wrażenie jest takie, że EA nie napracowało się zbytnio przy tej części. Porównując poprzednią wersję konsolową (XBOX 360), czuję cię jakby grafika cofnęła się o jakieś dwa lata. Mimo, że w trybie kariery wszystko jest w miarę ładne, to poszczególne wyzwania, które zostały wplątane w poszczególne etapy są po prostu brzydkie. Może i samochody wyglądają ładnie, a system jazdy cały czas ewoluuje z tytułu na tytuł, to otoczka wyzwań przywiała mi na myśl grafikę z Project Gotham Racing 4 – i to głównie skłoniło mnie do tych refleksji.

Mimo że nie jestem jeszcze nawet w połowie gry (nie dojechałem jeszcze do Las Vegas), to nie opuszcza mnie odczucie, że przez grę się przelatuje niczym grom z jasnego nieba. Jeżeli mieli byśmy wolny weekend tylko na granie, podejrzewam, że przebrnęlibyśmy przez tą grę do samego końca.

Zobaczymy jak będzie… tbc.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *