Kolejne życie leciwego MacBooka

Ostatnio mój MacBook Pro (model late-2013) zakupiony w kwietniu 2014 roku zaczął dawać mi w kość. Zacząłem doświadczać coraz to nowych problemów z grzaniem się czy zawieszaniem. Konsola błędów systemu MacOS zwracała coraz to nowe błędy, na które rozwiązania próżno szukać w Google. Myślałem już, że to koniec, że po 6 latach przyszła na niego pora.

O ile grzanie się przy lekkim obciążeniu można jeszcze znieść, to zawieszanie się podczas pracy jest niedopuszczalne. Nie bez powodu zrezygnowałem z laptopa z Windowsem, żeby nagle stracić najważniejszą zaletę posiadania komputera z nadgryzionym jabłkiem — stabilność.

Nie pomagało, przywracanie z kopii zapasowych (TimeMachine), resetowanie PRAM czy SMC. Zabiegi czyszczące przy pomocy OnyX i innych narzędzi.

Niepokojące stało się to, że w konsoli błędów coraz częściej widniała pozycja z błędem krytycznym kernel’a i związanego z nim rozszerzenia do karty graficznej Intela.

O ile w systemie Windows pomyślałbyś o zainstalowaniu najnowszych sterowników, to w przypadku systemu macOS tak to nie działa. Sterowniki przychodzą z najnowsza wersja systemu i nie zainstalujesz ich samemu, właśnie z powodu stabilności. System mam jak najbardziej aktualny wiec zielono to nie wygląda.

Nim się poddałem, zacząłem rozważać kilka opcji. Jedną z nich każdy może zasugerować, aby zainstalować system od nowa i zacząć od zera. Niestety, to rozwiązanie mi się totalnie nie widzi. Mimo że w obecnej sytuacji wszyscy siedzimy w domu, są lepsze rzeczy do robienia niż siedzenie i ustawianie wszystkiego od zera. Nie jestem masochistą, nie po to robię regularne kopie zapasowe, żeby teraz tracić czas na ustawianie. Zacząłem rozważać inne metody.

I tak natrafiłem na porady różnych osób, sugerujących założenie nowego profilu.

Za pierwszym razem myślałem, że to głupota, gdyż jeżeli jest problem z komputerem, nic to nie da. Szczególnie że konsola błędów wspomina problemu z kartą graficzną, a zawieszanie się j przegrzewanie nie (niespowodowane kurzem w wiatraku) nie wróży nic dobrego. Pomyślałem wiec, jeżeli dam temu rozwiązaniu szanse, jak to zrobić, aby się zbytnio nie napracować i szybko przywrócić wszystko, co potrzebowałem.

Zobaczyłem najpierw, od czego muszę zacząć, co najbardziej potrzebuje, aby moc w miarę normalnie pracować w międzyczasie. I tak padło na przeglądarkę internetową, w moim przypadku Microsoft Edge. Dodatkowo wszystkie usługi chmurowe takie jak Google, Dropbox i inne, oraz co najważniejsze, hasła, czyli 1Password.

Utworzyłem wiec nowego użytkownika z uprawnieniami administratora komputera. Nim zacząłem go używać, dodałem do mojego (aktualnego) folderu domowego prawa dostępu dla nowego użytkownika (pełne prawa zapisu i odczytu wraz ze wszystkimi plikami i folderami podrzędnymi). Tyczyło się to również folderu Library, w którym to przechowywane są ustawienia poszczególnych aplikacji, w tym Microsoft Edge (w Application Support), które to skopiowałem dodatkowo do głównego folderu. Zrobiłem jeszcze zrzuty ekranu pulpitu, dock’a oraz paska zadań, aby wiedzieć, co miałem uruchomione i ustawione w szybkim dostępie.

Wylogowałem się z mojego profilu i zalogowałem się na nowo utworzonym. Dokonałem ustawienia mojego Apple ID i oczach moim ukazał się pulpit, prawie tak, jakbym zaczynał na nowo zainstalowanym systemie. Prawie, gdyż aplikacje miałem już zainstalowane. Plus systemu MacOS jest to, że aplikacje z reguły są oddzielone bardzo dobrze od ustawień użytkownika.

Z poziomu terminala skopiowałem ze starego profilu użytkownika skopiowałem ustawienia Edge, do folderu z ustawieniami nowego użytkownika.

Po pierwszym uruchomieniu przeglądarki wszystko było tak, jak zostawiłem. Nawet rozszerzenie 1Password działało bez problemów.

Nie chciałem przenosić żadnych innych ustawień aplikacji, gdyż może któreś z nich powodują problem ze stabilnością systemu (ograniczyłem to tylko do Edge), w związku z tym, z wykorzystaniem terminala skopiowałem (przeniosłem) ze starego profilu zawartość folderu pulpitu, dokumentów i innych, które przechowuje lokalnie.

I tak w gruncie wszystko było na miejscu.

Bazując na zrzutach ekranowych, przywróciłem ikony do dock’a. Buszując w ustawieniach systemowych, dostosowałem wszystko tak jak miałem poprzednio.

Z internetu pobrałem świeże pakiety instalacyjne usług chmurowych.

Mając już dostęp do przeglądarki i plików (lokalnych i w chmurze), pozostały aplikacje. Zacząłem od aplikacji, które wymagają licencji. Oprócz Bartender’a wszystkie inne nie wymagały ode mnie wprowadzania niczego dodatkowego, co znaczy, że licencje są przechowywane gdzieś indziej niż w profilu użytkownika (to dobrze). Ułatwiło mi to zadanie, gdyż wystarczyło włączyć, sprawdzić czy działają i przejść dalej.

I tak po niespełna dwóch godzinach w trybie ekspresowym ustawiłem wszystko tak, jak chciałem.

I mimo że zacząłem na nowym profilu, szybko wszystko wróciło do normy. No prawie wszystko.

Po kilku godzinach pracy nie odczułem żadnego przegrzewania się, robiąc te same działania jak na poprzednim profilu. Nie doświadczyłem również żadnego zawieszania się systemu, co dodatkowo mnie zdziwiło.

Nim przeszłem dalej, robiłem świeżą kopie zapasowa komputera z TimeMachine.

Zaciekawiony, czy problemy były spowodowane ścisłe z profilem użytkownika, który jakby nie patrzeć zakumulował pełno plików na przełomie lat oraz przeszedł przez kilka dużych aktualizacji systemu. Odpaliłem wiec konsolę systemu i zobaczyłem tam… pustkę. Błędów było tylko kilka, zgłaszanych bardzo rzadko, a żaden z nich nie odnosił się do karty graficznej!

Każdy system generuje błędy i ostrzeżenia, nawet świeżo zainstalowany. Tutaj jednak było ich naprawdę mało, a wręcz w ogóle.

Konsola na poprzednim profilu przeplatała się pomarańczowymi ostrzeżeniami z dużą ilością czerwonych błędów.

Błędów było generowanych tyle, że zaledwie po kilku minutach musiałeś przejść przez setki linii, aby je wszystkie ogarnąć. Tutaj miałem garstkę tego, co miałem poprzednio.

Niby nic, a jednak. Utworzenie nowego profilu, które myślałem, że będzie bardziej bolesne w związku z koniecznością przenoszenia danych i ustawieniem wszystkiego na nowo nie było takie trudne, a co przede wszystkim, czasochłonne.

Pozbyłem się nieoczekiwanie problemu i znowu na jakiś czas odroczyłem konieczność zmiany komputera.

Zobaczymy, jak będzie teraz, może jeszcze uda się pociągnąć kolejny rok, aż Apple wypuści MacBooka Pro z nowa klawiatura. A może doczekam na nim Mac’a z nowymi procesorami ARM? Pożyjemy, zobaczymy.

Pozdrawiam.

Dołącz do dyskusji